7 lutego 2014

China Glaze, 629 Black Diamond

Do lakierów China Glaze żywię mieszane uczucia. Uwielbiam ich szeroką gamę kolorystyczną, w której jestem w stanie znaleźć na prawdę wiele interesujących kolorów, zwłaszcza tych nieoczywistych, brudnych i "brzydkich". Z drugiej strony z moimi pierwszymi egzemplarzami w ogóle nie dało się współpracować. Idealny synonim wielkiego rozczarowania. Nic dziwnego, że do kolejnych butelek podchodzę ostrożnie i z dystansem. Wszyscy jednak wiemy, jak trudno czasem oprzeć się ulubionym kolorom. W końcu to pierwsza rzecz jaką dostrzegamy w lakierach (może poza butelką :P). Formuła i właściwości to już drugi plan, z którym przyjdzie nam zmierzyć się po odkręceniu emalii.
Black Diamond zauroczył mnie swoją oryginalną kompozycją kolorystyczną. Jest to bardzo ciemna, gunmetalowa szarość gęsto usiana dwoma (?) rodzajami drobnego shimmeru: srebrnego i srebrno-błękitnego. Właściwie to nie różnią się zbytnio od siebie, a chłodniejszy ton niektórych drobinek uwidacznia się pod pewnym kątem padania światła. Myślę, że udało mi się lepiej uchwycić na zdjęciach to, co próbuję opisać. 
China Glaze ma jedne z najbardziej charakterystycznych butelek; o okrągłym przekroju, zwężając się ku górze. Z resztą, kto ich nie zna:). Zakrętki uważam za jedne z najbardziej udanych, a tekstura matowego tworzywa gwarantuje pewne ułożenie w dłoni. Na górze znajdziemy logo producenta, a naklejkę z numerem i nazwą pod spodem butelki. Pędzelek jak zobaczycie na zdjęciu- jest klasyczny i płaski o średniej szerokości i z dość sztywnego włókna. Mimo wszystko wymanewrowanie wokół skórek nie sprawiło mi trudności.
Po wstrząśnięciu butelki dotarł do mnie znajomy dźwięk metalowej kulki obijającej się o szkło, wrzuconej do bardzo rzadkiego płynu. Wyprowadźcie mnie z błędu jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że większość tych lakierów ma rzadką formułę. W każdym razie moje pierwsze porażki z ChG wiązały się właśnie z emaliami o tej wodnistej konsystencji.
Krycie początkowo też mnie nie zachwyciło. Pierwsza warstwa zostawiła po sobie jedynie przydymiony cień, chociaż praktycznie pozbawiony smug. Podczas aplikacji lakieru poświęciłem całą swoją uwagę na jego kontrolowanie- wodnista konsystencja wymaga ciągłej uwagi na to ile emalii może spłynąć z trzonka pędzla i w najmniej oczekiwanym momencie rozlać się z płytki w okolice skórek. Warto było uważać. 
Trudno mi opisać swoją radość z posiadania tego lakieru. Nie tylko ze względu na kolor okazał się idealny. Pierwsza warstwa wyschła w mgnieniu oka, dwie następne- również, co całkowicie zrekompensowało konieczność nakładania kolejnych. Na zdjęciach widzicie 2 solidne warstwy i jedną cieńszą, bez bazy i top coatu. Jak widać wysycha na wysoki, szklany połysk i nie zapowietrza się, mimo kolejnych warstw nakładanych w krótkich odstępach czasu. W dodatku zapach emalii... dla mnie chinki zwyczajnie pachną.
Zdjęcia są aktualne. Udało mi się trochę podratować paznokcie, głównie dzięki odżywce Silk Power od Lovely. Nie jest jeszcze idealnie, ale przynajmniej nie łamią się na każdym kroku:). Mimo wciąż nienajlepszej kondycji płytki paznokcia- Black Diamond trzymał się bez większego uszczerbku prawie tydzień.  



W słońcu:




W cieniu:



Sztuczne światło:





China Glaze NIE TESTUJE swoich produktów na zwierzętach.
Za 14 ml produktu zapłacimy (w regularnej cenie) ok 21 zł.
Lakiery do 6 lutego BYŁY dostępne wyłącznie internetowo. Niestety, obecnie ich sprzedaż na terenie Polski jak i Europy została wstrzymana. Jak na złość, w głównym sklepie Alphastylist uzbierało mi się 6 butelek czekających na przypływ gotówki. Pozostaje mi obserwować rozwój sytuacji.

2 lutego 2014

Barry M, 318 Peach Melba

Pamiętacie lakier, który stanowił bazę do zdobienia w poprzednim poście? Dziś poświęcę mu trochę czasu.
Peach Melba od Barry M to bogaty krem o takiej proporcji rozbielonego różu i pomarańczu, która może kojarzyć się z matową skórą brzoskwini. "Melba" jest natomiast nazwą słodkiego deseru na bazie lodów waniliowych i brzoskwiń. Taki właśnie jest ten lakier- delikatny i słodki. 
318 pochodzi z regularnej serii, więc z dostępnością nie powinno być problemów. Bardzo lubię butelki Barry M- prostokątne, solidne i proste z równomiernie sfazowanymi krawędziami. Mały detal, a wyróżnia produkt spośród innych o podobnym kształcie. Naklejkę z numerem i nazwą lakieru znajdziemy pod spodem  butelki.
Konsystencję ma dobrze wyważoną, chociaż lekko lejącą. Pędzelek jest klasyczny i w połączeniu z okrągłą zakrętką- całkiem wygodny. Kontrolowanie ilości nabieranej emalii nie stanowiło dla mnie problemu, podobnie jak i manewrowanie wokół skórek.
Na zdjęciach widzicie dwie średnie warstwy bez bazy i top coatu. Nie przeraźcie się pierwszej, która zostawia sporo smug. Druga rozpływa się niwelując nierówności i ujednolicając krycie. Lakier nie wybacza poprawek i częstych pociągnięć pędzla, więc radzę malować nim wykonując szybkie, pewne i zdecydowane ruchy ograniczając ich ilość do minimum. Pozwoli to uniknąć nierówności w na powierzchni wysychającej emalii.
Wszystko zapowiadało się pięknie, ale... 
Najsłabszym punktem emalii jest z całą pewnością długie schnięcie. Jeśli dysponujecie preparatami przyśpieszającymi wysychanie lakieru to korzystajcie, nie ma sensu się męczyć. Aplikowanie kolejnych warstw na wcześniejsze, które nie zdążyły wyschnąć i się utwardzić prawie zawsze owocuje bąblami. Nie udało mi się tego uniknąć, mimo ponad 2 godzinnej przerwy między malowaniem. Lakier wysycha na bardzo wysoki, szklisty połysk. Na pocieszenie dodam, że trwałość w moim przypadku była wyśmienita, bo około tygodnia (to kwestia indywidualna, ale przy dobrym wyniku warto ją podkreślać). Zmywa się bajecznie prosto i nie zabarwia płytki paznokcia.
Barry M pomyślało o konieczności rozmieszania zawartości butelki dorzucając metalową kulkę. Bardzo fajny zabieg, szkoda jednak, że wciąż niepowszechny.




 Zdjęcia w słońcu:




Zdjęcia w cieniu:





Za butelkę 10ml zapłacimy 15,90 zł (swój egzemplarz mam z promocji w Minti Shop, za ok 13 zł). 
Lakiery Barry M na ten moment dostępne są wyłącznie w sieci. Możecie złapać je na Minti Shop, Maani lub próbować swojego szczęścia na Allegro. 
Barry M NIE TESTUJE swoich produktów na zwierzętach!

26 stycznia 2014

Peach Melba z ćwiekami

Przychodzę dzisiaj z krótkim, zdobieniowym postem.
Trudno mi się rozpisywać, bo jak widać zdobienie jest minimalne i banalnie proste. Lakierem bazowym była brzoskwinia Peach Melba od Barry M, a ozdoby to małe, metalowe ćwieki, które zawdzięczam Tamit24 :).
To było moje pierwsze podejście do ich "mocowania", jak widać nie do końca udane. W sumie do teraz nie wiem czy lepiej przyklejać je do jeszcze mokrego lakieru bazowego czy może na kroplę bezbarwnego. Przymocowane do bazy trzymały się świetnie, bo aż do zmycia, ale ciągle towarzyszyło mi uczucie lekkiego ucisku pod płytką paznokcia... chyba się do tego nie nadaję.
W metalowych ozdobach najbardziej podoba mi się to, że są wielokrotnego użytku i posłużą nam do momentu gdy ich gdzieś nie posiejemy. Sprawa z kolorowymi ozdobami tego typu ma się trochę gorzej- podczas zmywania manicure najprawdopodobniej zmyjemy też kolorową warstwę którą zostały powleczone, jednak jeśli nie przeszkadza Wam powierzchnia odsłoniętego metalu- wciąż można ich używać.
A o Peach Melba, która okazała się zupełnie nie moim kolorem już wkrótce.



19 stycznia 2014

Paese 326

Dzisiaj mam do pokazania kolejny z piaskowych lakierów Paese, tym razem w dużo spokojniejszej wersji.
326 to bardzo jasny, pudrowy róż w trochę spranym wydaniu. Kolor jest stonowany i mało intensywny, a do tego wszystkiego zupełnie kremowy. Co prawda w butelce widać jakieś majaczące punkty, nie jest to jednak brokat tylko drobiny nadające piaskowej tekstury.
Właściwości 326 są niemal identyczne jak opisywanego wcześniej 324 (TU). Główna różnica polega na prostym, niczym niewzbogaconym kolorze, przez co szorstka tekstura jest dużo łatwiejsza do zauważenia. 326 nie wysycha jednak do całkowitego matu, a raczej do lekko błyszczącej satyny. Efekt bardziej przypomina mi mokry żwir niż piasek ;). W dodatku różowa baza nie wszędzie równomiernie osiada, co skutkuje miejscami o mniej zauważalnej teksturze i większym połysku (środek wskazującego i brzeg serdecznego). Było to dla mnie spore zaskoczenie, bo przecież lakier fajnie współpracuje i aplikuje się wygodnie. Nie jest to jakoś straszliwie drażniące, ale może być upierdliwe, jeśli jesteście perfekcjonistami. Co jeszcze rzuciło mi się w oczy- na piaskowych lakierach o jednolitym, kremowym kolorze szybciej widać zanieczyszczenia. Tak, to wyrabia nawyk częstego mycia dłoni :D
Lekka konsystencja, czas schnięcia i krycie po dwóch warstwach to kolejne wspólne cechy (zakładam, że dla całej piaskowej serii). W sumie nie piszę więcej, bo będę się powtarzać. Lakier jest bardzo fajny i jedynym minusem jest to nieregularne osiadanie bazy, chociaż na pełnym mani przytrafiło mi się raptem trzy razy. Trochę wprawy i pewnie idzie to opanować.

Za 9 ml produktu zapłacimy od 9,00 do 15,90 zł. Lakiery dostępne w wielu drogeriach, niekoniecznie markowych, lub na stronie producenta. Paese NIE TESTUJE swoich produktów na zwierzętach.



5 stycznia 2014

Paese 324

Nigdy wcześniej nie wpadły w moje ręce lakiery tej firmy i nie wiedzieć czemu - trudno było mi się do nich przekonać. Paese jest Polskim producentem i o ich produktach krąży wiele dobrych opinii. Dodatkowo od zawsze marzył mi się "asfaltowy" piasek, czarny i wzbogacony o jakieś jasne drobiny. Po wrzuceniu na paznokcie pierwszego (i najprawdopodobniej ostatniego) lakieru Golden Rose z piaskowej Serii Holiday przeszła mi ochota na kupowanie oczekiwanej 60, bo już numer 58, delikatnie mówiąc, rozczarował mnie. Z tego co widzę na zdjęciach w sieci to GR Holiday 60 i Paese 324 są bardzo do siebie podobne o ile nie identyczne. Nadarzył się idealny moment by przekonać się o jakości lakierów Paese i mój wybór był oczywisty- czarny piasek z numerem 324.

Właściwie to lakier czarny jest tylko w butelce. Po wyschnięciu traci głębię na rzecz wypłowiałej, ciemnej szarości. Staje się całkowicie matowy i tylko stado drobnych, srebrnych piegów subtelnie go rozświetla. Wygląda jak asfalt lub papier ścierny :).
324 cenię sobie za wyśmienitą konsystencję. Bardzo lekką, idealnie wyważoną i trochę lejącą. W duecie z miękkim, klasycznym pędzelkiem aplikacja to przyjemność, która przebiega bez problemu i nie wymaga od nas skupienia całej uwagi czy przesadnej ostrożności. Nie mogę jednak zaliczyć kwadratowych nakrętek do najwygodniejszych ale można to jakoś przeżyć. Korzystając z lakierów o wykończeniu piaskowym ciągle towarzyszy mi wrażenie, że szybko ich ubywa. W tym przypadku jest podobnie, chociaż pełne krycie uzyskamy po 2 przeciętnych warstwach. Mam kilka piaskowych emalii rożnych producentów i mogę śmiało stwierdzić, że lakiery Paese plasują się w ścisłej czołówce pod względem czasu schnięcia. Oczywiście dużo zależy od obfitości malowanych warstw, ich ilości, a nawet bazy.
Jedna z informacji na zakrętce brzmi: "LAKIER DO PAZNOKCI o przedłużonej trwałości". Piaski z reguły nie są zbyt odporne na uszkodzenia, nie trzymają się dobrze na elastycznej płytce i chętnie odpryskują pokaźnymi kawałkami, a tym czasem 324 trzymał się u mnie rewelacyjnie przez kilka dni, odsłaniając jedynie końcówki po trzecim. W moim przypadku trwalszy okazał się jedynie piasek KIKO (nie zapominajmy, że o trwałości trudno pisać obiektywnie).

Zdaję sobie sprawę z tego, że porównywanie wszelkich brokatowych piasków do kruszonych kamieni szlachetnych staje się trywialne. Jednak spójrzcie na ostatnie zdjęcie butelki postawionej na zakrętce i na tego kosmicznego bloba, naćkanego drobnym brokatem niczym nieokreślona bliżej forma rzeźby ubrana w diamenty, umieszczona pod szklanym kloszem i ustawiona na czarnym postumencie (nie, nie ćpię).
Bardzo podoba mi się również sama forma produktu. Na butelce nie ma żadnych wytłoczonych, naklejonych lub nadrukowanych "ozdobników". Jest zupełnie czysta, pełen minimalizm. Nazwę producenta oraz numer lakieru wraz z innymi danymi naklejono na zakrętce. Brakuje mi natomiast informacji o rodzaju wykończenia. Jeśli ktoś spodziewa się gładkiej czerni usianej srebrnym brokatem może się ostro przejechać. W butelce nie znajdziemy też kulki, która pomogłaby rozmieszać stojący lakier.
Z dodatkowych informacji: lakier zakręcany jest na "klik", dzięki czemu bez większego wysiłku zakrętka równa się z kształtem butelki, zachowując spójną bryłę.
Podsumowując: bardzo fajny produkt o wysokiej jakości. Dobry i Polski :)

Za 9 ml produktu zapłacimy od 9,00 do 15,90 zł (324 złapałem za 11,90 zł, inny egzemplarz za 9,50zł). Lakiery dostępne w wielu drogeriach, niekoniecznie markowych, lub na stronie producenta.
Paese NIE TESTUJE swoich produktów na zwierzętach.


Butelka Paese 324
Pędzelek Paese 324
Mocne słońce
Mocne słońce

Światło naturalne
Światło naturalne
Światło naturalne
Cień
Cień
Sztuczne oświetlenie
Sztuczne oświetlenie


Sztuka Nowoczesna

30 grudnia 2013

Eveline Classic Colours 192

To mój pierwszy czarny krem. Nie był nadzwyczajnie wydajny, ale służył mi dość długo. 
Lakiery Eveline z serii Classic Colors (podobnie jak Happy, Pastel czy stare wersje Holographic) mieszczą się w małych, poręcznych buteleczkach o pojemności 4,5 ml i okrągłym przekroju. Niewielkie opakowanie daje nam możliwość całkowitego zużycia produktu i gwarantuje jego mobilność. Zmieści się spokojnie w kieszeni ;).

Konsystencja wg mnie jest odpowiednio wyważona, minimalnie rzadka, ale nie lejąca. Nakłada się bez problemu i nie zapowietrza się podczas wysychania, a schnie w dość przyzwoitym czasie. Do idealnego pokrycia konieczne są 2 średnie warstwy (możliwe, że w przypadku dłuższych paznokci potrzebna będzie jeszcze jedna). Emalia tworzy równomierną, gładką powierzchnię wysychając do całkiem wysokiego połysku. Niestety ma predyspozycje do odbarwiania płytki na żółtawy odcień, więc sugeruję pod niego jakąś ulubioną bazę. Swatch jest dość stary i nie dysponuję już butelką ani pędzelkiem. Ten jednak był całkiem długi (jak na tak małą butelkę) i klasyczny. Z tego co pamiętam nie sprawiał problemów w aplikacji emalii. Gdzieś po zużyciu 3/4 buteleczki lakier zaczął intensywnie gęstnieć (w sumie żadna nowość), przez co drastycznie pogorszyły się jego właściwości. Jeśli dysponujecie preparatami odświeżającymi gęstniejące lakiery to zdecydowanie dobra okazja do ich użycia.

Lakiery z tej serii pamiętam od zawsze. Chociaż nie widuję ich już tak często jak kiedyś to z dostępnością nie powinno być wielkich problemów. Najszybciej upolujecie je w niewielkich, osiedlowych drogeriach. Cena za 4,5 ml to ok 3,50 zł.
Podsumowując: prosty, zupełnie zwyczajny lakier o przeciętnych właściwościach. Jednak w obliczu wielu jednowarstwowych, czarnych kremów (np Wibo) raczej już po niego nie sięgnę.





Potrzebuję jednak wskazówek o to jak zadbać o namiętnie łamiące się paznokcie :(. Chwilowo testuję Lovely Silky Power. Jakieś sugestie?

24 listopada 2013

Wibo, WOW Glamour Sand nr 1

WOW Glamour Sand nr 1 od Wibo to jeden z czterech lakierów o piaskowym wykończeniu z drobinami brokatu (wg opisu producenta), a właściwie glassflecków. Równocześnie z serią Glamour wibo wypuściło WOW Sand Effect w czterech zupełnie matowych wersjach kolorystycznych. Fajnie, że polski producent wprowadził do oferty piaski, tym bardziej, że są niedrogie i całkiem dobre jakościowo. A przynajmniej nr 1 nie mam wiele do zarzucenia.
Wow Glamour Sand 1 to mój pierwszy, duochromowy piasek. Oryginalne rozwiązanie, nie widuję takich często. W przydymionej, czarnej bazie znajdziemy niebiesko-zielone glassflecki opalizujące pod kątem na fioletowo, a w butelce dodatkowo łapią pomarańczowe tony. Po wyschnięciu rozświetlają matową i nieco spłowiałą czerń bazowego koloru. Już po wykonaniu zdjęć przyszło mi do głowy, że w butelce może przypominać trochę Miss Universe od Essence. Ale tylko trochę.
Prostokątna butelka charakterystyczna jest dla najpopularniejszej serii lakierów Wibo: Express Growth.
Podobnie klasyczny i prosty pędzelek nie sprawiający problemów z wymanewrowaniem wokół skórek. Nakrętka o okrągłym przekroju pewnie leży w dłoni. Konsystencja jest typowa dla innych lakierów o piaskowym wykończeniu- lekka i delikatna. Pomimo tego, że lakier nie spływa z pędzla i nie rozlewa się po płytce paznokcia dobrze jest kontrolować ilość emalii. Pędzelek nabiera jej dość sporo (powszechne zjawisko wśród "piaskowców"). Na zdjęciach widzicie efekt jaki dają dwie średnie warstwy. Lakier wysycha w przeciętnym czasie (chociaż większość piasków, które mam schną prędzej), powoli ukazując piaskową fakturę. Zajmuje to przysłowiowe 5 minut :). Ziarno piaskowych drobin jest małe, a co za tym idzie- faktura piasku delikatna. Bardzo przypomina mi wyprawioną skórę.
Co do trwałości.. większość lakierów trzyma się na płytce moich paznokci dobrze i dość długo. Piaski niestety odpryskują zdecydowanie chętniej niż reszta, zwłaszcza w miejscu osłabionej płytki. W przypadku opisywanego Wibo pierwsze przetarte końcówki ukazały się trzeciego dnia, a odpryski czwartego. Jak na piaski to całkiem dobry wynik. Lakier zmywa się przyzwoicie, łatwiej jak przy glitterach, oporniej niż przy kremach. Nie odbarwia płytki paznokcia. Tanio, dostępnie i dobrze, polecam :).

Za 8,5 ml zapłacimy 7,69 zł (w promocji 4,19 zł)
Lakiery Wibo WOW Glamour Sand dostępne są w drogeriach Rossman

Sztuczne światło
Sztuczne światło
 Sztuczne światło
Pod chmurką
 Pod chmurką
Słońce
Słońce
W cieniu
W cieniu

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...